Mycie rąk – historia prostej mądrości

Mycie rąk w ostatnich miesiącach robi zawrotną karierę. Nic dziwnego – jest jednym ze skuteczniejszych sposobów na uniknięcie Covid 19.

To wie każde dziecko: mycie rąk jest ważne, bo sprzyja zdrowiu i pomaga unikać chorób. To tak proste i oczywiste, że aż nudne. Ale nie zawsze tak było. Całkiem niedawno – bo ok. 200 lat temu – mycie rąk zostało tak naprawdę „odkryte” po raz pierwszy. Nie dlatego, że ludzie wcześniej rąk nie myli – bo myli; poddawali ablucjom i ręce, i różne inne części ciała. Ale myli się bardziej dlatego, że tak nakazywał obyczaj. Zrozumienie związku pomiędzy myciem rąk, a zdrowiem, to już zupełnie inna historia. Nie uwierzysz, ale jeszcze stosunkowo niedawno (w porównaniu do historii ludzkości) nawet lekarze uważali, że higiena rąk jest… bezużyteczna. Higienę ogólnie uważano raczej za cnotę, niż naukę, a za skuteczniejszą metodę służenia zdrowiu uważano upuszczanie krwi, niż zasady mycia rąk.

Kto nie przeżyje porodu?

Uwaga, cofamy się w czasie. Jest połowa XIX w. Wiedeń. Lekarz austriacko-węgierskiego pochodzenia, Ignaz Philipp Semmelweis, zostaje zatrudniony jako jeden z kierujących dwoma położniczymi klinikami, należącymi do University of Vienna Allgemeine Krankenhaus. Jedna z klinik była obsługiwana głównie przez lekarzy i studentów medycyny. Drugą najczęściej obsługiwały położne. Na logikę, zdrowsze i bezpieczniejsze powinny być pacjentki pierwszej kliniki – te, które rodziły pod okiem lekarzy. A tu niespodzianka! -bo było dokładnie odwrotnie. Kliniki różniły się między sobą procentem śmiertelności pacjentek. I to znacznie! W pierwszej, poród i związane z nim komplikacje przeżywało 84 proc. pacjentek. W drugiej, przeżywało aż 93 proc. Odwracając liczby: w pierwszej śmiertelność wynosiła 16 proc. W drugiej – 7 proc. Dlaczego w klinice, w której poród odbierali lekarze, ryzyko, że się nie przeżyje porodu, było aż dwa razy wyższe?

Semmelweis zachodzi w głowę

Ignaz Semmelweis zauważył to zjawisko. Obserwował je – bo może jest chwilowe. Nie było. W pierwszej klinice, oczywiście, nie zawsze umierało 16 proc pacjentek – czasem było to 14 proc., innym razem 19 proc. – liczba 16 była uśrednieniem danych z kilku miesięcy. Ale jedno było niezmienne: zawsze w tej właśnie klinice ofiar było więcej, niż w klinice drugiej. Semmelweis zaczął się więc przyglądać sprawie i szukać przyczyn. Określił, że przyczyną śmiertelności nie były komplikacje, związane z samym porodem (choć i te się zdarzały). Komplikacje, związane z porodem, byłoby znacznie łatwiej wytłumaczyć, np. faktem, że powikłane porody celowo kierowano w ręce lekarzy, niż położnych. Jednak przyczyną śmiertelności była przede wszystkim choroba, zwana gorączką połogową: jakiś czas po urodzeniu dziecka kobieta dostawała wysokiej temperatury, słabła i umierała.

Czy to możliwe?

Zatem Semmelweis badał dalej. Wysunął cały szereg przeróżnych hipotez, jak choćby „przyczyną gorączki może być wędrówka księdza przez sale z rodzącymi”. I rzeczywiście, ksiądz wędrował po całym szpitalu – a właściwie po obu szpitalach, po wszystkich salach. W obu szpitalach wędrował podobnie często i podobnymi trasami – a umierały kobiety w pierwszym. Więc to nie to. Zatem może to kwestia położenia samych sal? Może większa śmiertelność jest tam, gdzie jest więcej (lub mniej) światła słonecznego, ze względu na usytuowanie szpitala względem stron świata? Ale i ta hipoteza się nie obroniła. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze fakt, że gorączka połogowa wcześniej była… bardzo rzadkim zjawiskiem! W czasach, kiedy kobiety nie szły rodzić do szpitala, tylko rodziły w domu, śmiertelność, spowodowana gorączką połogową wynosiła raptem 1 -2 proc. na całą wiedeńską populację! Połogowa śmiertelność eksplodowała w wiedeńskim szpitalu dopiero po roku 1823. I tutaj Semmelweis zadał pytanie: a może to ma jakiś związek z sytuacją samego szpitala?

Nowa metoda nauki o zdrowiu

Rok 1823 był bardzo ważny: to właśnie wtedy na dobre rozpoczęła się era patomorfologii (wtedy zwanej anatomią patologiczną). A dokładniej: naukowcy dostali pozwolenie na używanie zwłok w celach naukowych. Wcześniej patomorfologia była uprawiana, ale w ukryciu, bo oficjalnie „bezczeszczenie zwłok” było zakazane. University of Vienna Allgemeine Krankenhaus, gdzie pracował Semmelweis, był jednym z największych austriackich ośrodków naukowo-akademickich, gdzie zaczęły się rozkręcać patomorfologiczne badania. Jak się łatwo domyślić, prosektorium, w którym w celach edukacyjnych krojono zwłoki, znajdowało się raczej w klinice, w której obracali się lekarze – a nie położne. A więc w pechowej dla rodzących klinice nr 1.

Prosto z prosektorium

Nie wiemy, czy Semmelweis skojarzył ze sobą te daty – datę rozpoczęcia badań i jednocześnie dat wzrostu śmiertelności. Ale na pewno skojarzył fakt, że lekarze i studenci, w ramach swoich obowiązków, przewijali się i przez prosektorium, i przez szpital – czyli sale z rodzącymi kobietami. Często z prosektorium przechodzili bezpośrednio na salę, gdzie rodziły kobiety i – przy okazji i w przelocie – doglądali po drodze pacjentki. Semmelweis zauważył, że w samej klinice nr 1 śmiertelność była różna na różnych salach (stąd „hipoteza słoneczna”), a po jakimś czasie skojarzył też, że najwyższa śmiertelność dotyczyła sali, położonej tak, że to do niej właśnie bezpośrednio wchodzili lekarze i studenci z prosektorium.

Nowe zarządzenie : chirurgiczne mycie rąk

Lekarze myli wtedy ręce. Ale nie zawsze i niezbyt dokładnie. Jak wspominaliśmy, higiena nie była uważana za istotny czynnik zapobiegania chorobom. Semmelweis zauważył, że choć wychodzący z prosektorium medycy myli ręce, to robili to pobieżnie. Zauważył też, że – mimo mycia – na dłoniach lekarzy wciąż zalegał nieprzyjemny zapach. Wniosek, jaki wyciągnął Semmelweis, był taki: najwyraźniej woda z mydłem to za mało, by zmyć z dłoni „trupie cząsteczki” – jak to nazwał roboczo. I te właśnie „trupie cząsteczki” muszą być jakoś związane z występowaniem połogowej gorączki. Jak – tego nie wiedział. Ale zarządził: od dziś każdy wychodzący z prosektorium lekarz i student, zanim dotknie pacjentki, musi dokładnie wyszorować dłonie. I to nie tylko wodą z mydłem, ale też z użyciem roztworu wapna chlorowanego. Ba, przed kontaktem z pacjentką umyć dłonie tym roztworem ma każdy lekarz, czy wchodził do prosektorium, czy nie. Efekty? W ciągu dosłownie kilku tygodni, śmiertelność na pechowych dotychczas oddziałach spadła poniżej 3 proc.!

Prawidłowe mycie rąk jako naukowe odkrycie

Aby zrozumieć, jak nowatorskie było „odkrycie” Semmelweisa trzeba widzieć, że o bakteriach wtedy nikt nie słyszał. Wprawdzie bakterie po raz pierwszy zaobserwowano w 1686 r (przyrodnik i przedsiębiorca Antoni van Leeuwenhoek skonstruował pierwszy prymitywny jeszcze jednoobiektywowy mikroskop i coś w nim zobaczył), a sama nazwa „bakterie” powstała kilka lat po odkryciu Semmelweisa; jednak ludzie nie rozumieli związku między bakteriami i zdrowiem. W czasach Semmelweisa wiedzieli tylko, że w dużym powiększeniu widać jakieś drgające pałeczki (stąd nazwa bakterii, od greckiego bakterion, czyli pałeczka). Dopiero Louis Pasteur z Robertem Kochem połączyli te dwie rzeczy i ogłosili, że bakterie to żyjątka, których wprawdzie nie widać, ale mimo to wywołują choroby. Koch potwierdził tę hipotezę ostatecznie dzięki pracy nad prątkami gruźlicy i w 1905 r dostał za nią nagrodę Nobla. W 1905! Czyli 58 lat po tym, jak Semmelweis nakazał mycie rąk lekarzom (nakaz ten wydał w 1847r) i zaskarbił sobie dzięki temu przydomek „wybawcy matek”.

Prekursorzy mają ciężko

Biedny Semmelweis! Skoro ludzie nie wiedzieli jeszcze o istnieniu bakterii, nie umiał naukowo wyjaśnić swojego odkrycia kolegom lekarzom. Choć dzięki myciu rąk śmiertelność na oddziale położniczym spadła nawet poniżej 1 procenta, świat naukowy generalnie zlekceważył jego teorię. Tym bardziej, że stała ona w sprzeczności z ogólnie przyjętym przekonaniem, że im brudniejszy lekarz, tym lepszy fachowiec – bo przynajmniej widać, że coś robi. Paradowanie w sztywnym od krwi pacjentów fartuchu było uważane za powód do dumy!

My szkodzimy pacjentom?!

Semmelweis był więc ze względu na swoją „teorię brudnych rąk” i „trupich cząsteczek” raczej wykpiwany, niż szanowany. Wielu lekarzy poczuło się też urażonych stwierdzeniem, że – nie myjąc rąk – szkodzą swoim pacjentom. W ramach protestu lekarze przestawali myć ręce w ogóle, mędrkując, że to raczej woda jest źródłem ryzyka i zakażeń. Środowisko wyklęło Semmelweisa, który z uporem maniaka wciąż głosił swoją teorię. Wszystko, niestety, kończy się ponuro: Semmelweis został uznany za wariata, a w końcu rzeczywiście doznał nerwowego załamania i został zamknięty w szpitalu dla umysłowo chorych. Zmarł niedługo potem, w wieku 47 lat, z powodu gangreny, jaka wdała się w ranę na jednej z jego dłoni. Ironia losu: zabiła go choroba, której można było uniknąć, gdyby tylko ktoś zechciał go poważnie potraktować.

Ręce myje cały świat

My mamy szczęście: nasi lekarze myją ręce często i skrupulatnie. My sami też je myjemy, bo wiemy, że istnieje zjawisko „choroby brudnych rąk”. Od kilku miesięcy cały świat myje dłonie jak oszalały – jakby od tego zależało życie. Bo i zależy: w dobie koronawirusowej pandemii tylko częste mycie rąk, obok dystansu społecznego, stoi pomiędzy nami, a potencjalnie śmiertelną chorobą. Mało kto myśli jednak, sięgając po mydło i odkręcając kran, o Semmelweisie, człowieku wyprzedzającym swoje czasy, który jako pierwszy opracował prawidłowe mycie rąk. A szkoda, bo należy mu się nasza wdzięczność za to, że utorował myciu rąk drogę do naszej świadomości i jako pierwszy próbował przekonać świat, że to brud jest wrogiem zdrowia – a nie miazmaty i wapory.

Higiena rąk, wytyczne WHO

Jak prawidłowo myć ręce – tak, by były naprawdę czyste? Prosimy bardzo: oto instrukcja prawidłowego mycia rąk.

Higiena rąk ilustrowana instrukcja mycia rąk

A jeśli chcecie poczytać o innej prekursorce – Andrei Kriston, twórczyni Gimnastyki Intymnej Metodą Kriston®, to zajrzyjcie tutaj: Andrea Kriston. Andrea opracowała specjalny algorytm, dzięki któremu kobiety mogą się uczyć takiej gimnastyki mięśni dna miednicy, by pokonać nietrzymanie moczu i wiele babskich schorzeń. I też z początku nikt Andrei nie traktował poważnie – ale jej Metoda przedarła się do świadomości lekarzy i w ciągu paru lat zyskała sobie ich szacunek, przychylność i zaufanie. Dziś Metoda Kriston® jest powszechnie znana na Węgrzech (ojczyzna Andrei), ale  toruje sobie też drogę do świadomości lekarzy innych narodowości. Trzymajmy kciuki, bo prekursorom nie jest łatwo, a Metoda® Andrei niesie tak samo dużo zdrowotnych korzyści, co regularne mycie rąk.