Święty Roch, czyli właściwe podejście do epidemii

Święty Roch jest patronem „uniwersalnym”: patronuje ogrodnikom, rolnikom, brukarzom i więźniom. Ale przede wszystkim jest patronem lekarzy i szpitali oraz symbolem walki z zarazą.

Mimo jego „uniwersalności”, niewiele wiadomo o św. Rochu i jego życiu. To jednak, co o nim wiadomo, napawa otuchą i nadzieją, że ludzie potrafią się troszczyć o innych oraz podejmować naprawdę mądre decyzje w obliczu trudnych sytuacji. Zresztą, czytaj dalej…

Wygodne początki

Św. Roch przyszedł na świat w bardzo zamożnej rodzinie. Bardzo, bardzo dawno temu – bo w roku 1295. Ludzie wtedy niewiele jeszcze wiedzieli o świecie, a jednym z głównych „środków sprawczych” była modlitwa. I modlitwie podobno św. Roch zawdzięcza fakt, że się narodził: jego rodzice długo nie mogli doczekać się potomka i żarliwie prosili o niego w modłach.

Dzięki zamożności rodziców, życie św. Rocha było wygodne, ale nie został rozpieszczonym synalkiem wielmożów! Jego rodzice byli bardzo pobożnymi ludźmi, a narodziny wymodlonego syna tym bardziej utwierdziły ich w wierze i sprawiły, że żyli skromnie i w zgodzie z przykazaniami katechizmu. Co więcej, Roch narodził się z ciekawym znamieniem: na piersi widniał czerwony krzyż, który w ciągu jego życia jeszcze powiększył się i pociemniał. Dziś zapewne powiedzielibyśmy, że ciałko dziecka naznaczone zostało okazałym naczyniakiem, jednak w czasach współczesnych Rochowi takie znamię było przepowiednią, mówiącą o boskim przeznaczeniu i pochodzeniu malca. Został więc Roch wychowany, jak na bożego pomazańca przystało, w wielkiej skromności; hołdując ideałowi miłości bliźniego, pracy dla innych i oddania.

Młody sierota i oddanie ideałom

Rodzice odumarli go dość szybko, co w tamtych czasach nie było niczym niezwykłym, jako że ludzie żyli znacznie krócej, niż dziś. I jako niespełna dwudziestolatek, Roch został spadkobiercą sporego majątku. Powierzył jednak zarządzanie nim wujowi, a sam oddał się służbie potrzebujących: godnych karmił, spragnionych poił, potrzebującymi wsparcia opiekował się. Wszystko to robił w ukryciu, bo wierzył, że jawnie popełniane dobre uczynki nie są Bogu tak miłe, jak skromne działanie, bez zaskarbiania sobie zasług. Majątek, choć spory, wystarczył na kilka lat takiej dobroczynności. Po tym czasie zostały mu wprawdzie ziemie, ale skończyły się pozostałe środki. Roch postanowił zatem, że od tej pory życie spędzi na pielgrzymce. A dokąd mógłby udać się pielgrzym, jeśli nie do Rzymu? Ruszył więc w tym kierunku.

Święty_Roch

Pierwsze spotkanie z zarazą

Po drodze zawędrował do Florencji. Okazało się, że panuje w niej zaraza. W mieście szalała dżuma i zbierała śmiertelne żniwo. Młody Roch zgłosił się florenckiego do szpitala i poprosił, by pozwolono mu doglądać chorych. Zarządca szpitala wahał się: uważał, że lazaret to nie miejsce dla wykształconego, młodego i dość jednak delikatnego pielgrzyma. Jako przybytek smutku, boleści i śmierci, nie było to miejsce wesołe… Roch się jednak nie przeląkł ani choroby, ani odpowiedzialności za innych. Przekonał zarządcę, głównie chyba tym, że jako bardzo pobożna osoba, nie przywiązywał wagi do doczesnego żywota. I został przyjęty. I to było pierwsze spotkanie Rocha z epidemią – spotkanie, z którym wspaniale sobie poradził. Pielęgnował chorych, modlił się z nimi, naznaczał znakiem krzyża – a oni zdrowieli. Uważali, oczywiście, że to wiara gorąca i wspólna modlitwa zdziałała te cuda, ale… Biorąc pod uwagę późniejsze poczynania Rocha, można śmiało założyć, że – kierując się niespotykaną intuicją – ten młody pielgrzym często wiedział, co robić i jak właściwie pielęgnować chorych. Skąd wiedział? Nie wiadomo. Ale wiedział – i są na to dowody.

Nie chcę wam nieść tego, co groźne

Z Florencji Roch powędrował co Cezeny, stamtąd dalej, do Rzymu – i we wszystkich tych miastach znajdował zarazę, chorych i zapotrzebowanie na swoje usługi. W każdym został po kilka lat, dopóki zaraza nie zelżała lub nie ustała zupełnie, a gdy tak się stało, wędrował dalej. Już wtedy nadano mu status świętego i zaczęto otaczać specjalnym kultem. Skromny Roch nie chciał tego, uciekał więc przed wielbicielami. W końcu zawędrował do miasta Piazenza, gdzie… sam zaraził się dżumą. Cud, że dopiero teraz, po tylu latach kontaktu z chorymi!

Kiedy Roch się orientuje, że jest chory, podejmuje niezwykle rozumną decyzję: postanawia się odosobnić. Tak daleko od ludzi i tak skutecznie, by nie mógł nikogo zarazić. Wyniósł się więc do lasu i zamieszkał w szałasie.

Ta niezwykła mądrość, odpowiednik naszej dzisiejszej akcji #zostańwdomu, jest o tyle godna podziwu, że cała akcja toczy się w świecie, w którym ludzie nie mieli pojęcia, w jaki sposób roznoszą się choroby! O bakteriach czy wirusach nikt wtedy nie słyszał. Ludzie wierzyli raczej w karę boską, złe uroki, miazmaty i wapory – ale nie mieli pojęcia, że zaraza może roznosić się przez zanieczyszczoną wodę czy bezpośredni kontakt z zarażonym człowiekiem.

Św. Roch był dzieckiem czasów ciemnych i osnutych wokół niewiarygodnych zabobonów. A jednak zrozumiał coś, czego nie potrafi zrozumieć wielu współczesnych ludzi: że to człowiek jest jednym z ogniw transmisji choroby. I postanowił siebie, jak owo ogniwo, wyeliminować z rachunku. Naprawdę, nawet pomijając jego pracę na rzecz chorych, już za samo to rozumienie należy mu się podziw i status świętego.

Szałas, pies i chleb

W tym miejscu różne źródła podają różne wersje. Jedne, bardziej fantastyczne, podają, że chory Roch doświadczył ludzkiej niewdzięczności i osamotnienia. Schronił się w opuszczonej, walącej się chatce i tylko Bóg zatroszczył się o wiernego sługę i sprawił, że koło Roszej chatki wytrysnęło źródełko z cudowną wodą. Kiedy Roch napił się wody, wrzody natychmiast popękały, gorączka ustąpiła, a Roch zaczął zdrowieć! A żywił się chlebem, który codziennie przynosił mu pies.

Inne źródła podają, że jednak nie wszyscy Rocha opuścili. Kiedy chory schronił się w znalezionym szałasie, wytropił go pies, po śladach którego odnalazł Rocha właściciel zwierzęcia – mieszkający w niedalekim gospodarstwie chłop. I to on codziennie podrzucał Rochowi chleb i opiekował się nim, aż do wyzdrowienia.

Te szczegóły nie są jednak istotne. Bo czy uleczyła Rocha cudowna woda, czy trwożna opieka obcego chłopa, Roch dzięki odosobnieniu rzeczywiście dżumy nikomu nie przekazał. „Został w domu” – i skutecznie przerwał łańcuch zakażeń.

The Dwellings 7 by Ellie Davies. All image rights remain with the artist, Ellie Davies www.elliedavies.co.uk

Nie masz wdzięczności w narodzie

Ironia losu: poświęcenie i mądrość Rocha doceniamy dopiero my. Współcześni mu nie byli w stanie pojąć zasługi pielgrzyma. I odpłacili mu boleśnie: kiedy próbował wrócić do swego rodzinnego miasta, pochwycili go pograniczni żołnierze. Został wzięty za włoskiego szpiega i wtrącony do lochu. Więziono go i torturowano przez 5 lat. Tyle wytrzymał. Podobno, kiedy umierał, poprosił Boga, by od tej pory uleczony został każdy, kto w zaraźliwej chorobie wezwie jego pomocy. Miał 32 lata. Wuj, który wciąż zarządzał Rocha majątkiem, w wyniszczonym ciele więźnia rozpoznał swojego siostrzeńca (przydało się zmanię w kształcie krzyża na piersi) i wyprawił mu okazały pogrzeb. A lud zaczął go czcić jako świętego.

Imienia nie zapomniano

Dziś imię Św. Rocha nosi wiele przybytków. Na świecie poświęcono mu ponad 3 tys. kaplic i kościołów. W Polsce jego imię nosi ok. 70 kościołów. Wezwaniu tego świętego zadedykowano też wiele szpitali – jak się łatwo domyślić, najczęściej szpitali zakaźnych, np. w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu. Niektóre jeszcze działają, inne zostały zamknięte.

W sercu stolicy Węgier, niedaleko dworca Keleti, gdzie przyjeżdżają pociągi z Polski, stoi niewielka kaplica, a przy niej szpital – szpital Św. Rocha. Spory i z bogatą historią, jest jednym z najstarszych szpitali w Europie. Kiedyś uważany był za ogromny i ze względu na rozmiar (w latach 1860-1862 dysponował aż 687 łóżkami!). Ale też ze względu na znaczenie: gromadził zawsze pionierów leczenia.

Szpital ten zasłużył na zaszczytne imię Św. Rocha, bo – podobnie jak młody pielgrzym – też zawsze wyprzedzał swoje czasy. To tutaj, w 1847r, chirurg Ferenc Flór jako jeden z pierwszych wprowadził anestezję chloroformem. To tu pracował przez wiele lat Ignaz Semmelweis, kierownik oddziału położniczego i absolutny prekursor niedocenianych w jego czasach poczynań: mycia rąk chlorowaną wodą, regularnego sprzątania i zmiany pościeli. To tutaj otwarto w 1898r pierwsze w Europie laboratorium rentgenowskie. Dziś szpital dalej udowadnia, że wciąż zasługuje na swe znakomite imię: jest szpitalem dydaktycznym. Prowadzone są w nim badania naukowe i prace, związane z rozwojem medycznym. Nic więc dziwnego, że to właśnie w szpitalu Św. Rocha pracowała jako kierownik oddziału rehabilitacji Andrea Kriston i przez 10 lat prowadziła badania nad swoją metodą. Ona też kładła podwaliny pod całkiem nowa metodę. Dziś Metoda Kriston znana jest nie tylko na Węgrzech, ale też w wielu krajach na świecie

Mądrość sprzed sześciu wieków

Roch opuścił swoją kryjówkę dopiero, kiedy wyzdrowiał. Wykazał się troską o innych i rozsądną solidarnością, kluczową w walce o przetrwanie całej społeczności. Pamiętajmy o nim zwłaszcza dziś, kiedy jesteśmy zamknięci i poddani ograniczeniom w ramach koronawirusowej profilaktyki. Ciężko nam – to prawda. Męczy nas niepewność jutra, lękiem napełnia widok walącego się w gruzy ekonomicznego porządku.

Pamiętajmy jednak, że mamy wspaniałą służbę zdrowia – lekarzy, pielęgniarki, ratowników; cały medyczny personel, ale też i osoby, które dbają o czystość. O tych ostatnich mówi się najmniej, a ich praca jest równie ważna!

Pamiętajmy o nich wszystkich. Ich troska i poświęcenie jest czymś więcej, niż wykonywaniem obowiązków. To ta sama mądrość i miłość, które kierowały Św. Rochem, gdy wpełzał do swojego leśnego odosobnienia, poświęcając siebie, by ratować życie i zdrowie innych ludzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *